Partnerzy strategiczni
MasterCard Visa BLIK
Partnerzy wspierający
KIR ITCARD Polcard
Partnerzy wspierający
Elavon Hitachi Vivus
Partnerzy wspierający
Kontomatik Pekao Wesub
Partnerzy merytoryczni
Związek Banków Polskich Polska bezgotówkow
Marazm na rynku kart kredytowych: to my bankowcy sami jesteśmy temu winni

Za niską sprzedaż kart kredytowych odpowiada przede wszystkim niska rentowność tego produktu. Ale to nie regulacje a sami wydawcy w największym stopniu odpowiadają za doprowadzenie do takiego stanu rzeczy

Zaczęło się pięknie. Rok 1997. Na rynku pojawia się karta kredytowa Citibank i szybko zyskuje kilkaset tysięcy użytkowników, zapewniając wydawcy na długie lata pozycję lidera w Polsce. Oprocentowanie kredytu wynosiło wówczas 37 proc. a do tego korzystanie z plastiku obarczone było szeregiem innych opłat. Ta stawka oprocentowania utrzymała się aż do 2006 roku, kiedy dopiero pierwsza regulacja "antylichwiarska" sprowadziła ją do poziomu 26 proc.

Wtedy karta kredytowa była jednak produktem, za który klienci chcieli płacić, bo zapewniała swobodę jakiej wcześniej nie znali. W tym gronie byłem i ja. W 2005 roku, podczas wyjazdu do USA, identyfikowałem się kredytówką ze zdjęciem zamiast paszportu. Czułem się obywatelem świata.

Przeczytajcie także: Dziennikarze postawili mocne zarzuty władzom BitBay

Ale od tamtej pory wiele się zmieniło. Po pierwsze w ramach oferty kart kredytowych zaczęły pojawiać się ubezpieczenia. Miały być sposobem na zdobycie nowych klientów i odróżnienie się od coraz silniejszej konkurencji, która pozazdrościła sukcesu Citibankowi. Można było kupić polisę od opóźnionego lotu, odwołania podróży, czy zbyt krótkiej gwarancji na kupiony produkt. Logiczny związek między ubezpieczeniem a kartą kredytową nie zawsze był zachowany, za to zwykle obowiązywała zasada, że ubezpieczenie dokładane jest do karty za darmo. Nie trzeba pewnie podkreślać, że jego koszt brał na siebie zazwyczaj bank, co po raz kolejny zmniejszyło zyskowność sprzedaży kart.

Wprowadzenie bezpłatnych ubezpieczeń zwykle uzasadniano tym, że jego koszt zostanie pokryty z wyższej opłaty za korzystanie z karty. Coraz częściej jednak zaczęto użytkowników z niej zwalniać w zamian za wykazanie się odpowiednią aktywnością w korzystaniu z plastiku. W rezultacie przez ostatnie 10 lat liczba transakcji na jednego posiadacza wzrosła w Polsce siedmiokrotnie przekraczając poziom 140 rocznie.

Nie zmienia to faktu, że banki wciąż desperacko motywują posiadaczy do aktywności w korzystaniu z karty. Nie dość więc, że przesadziliśmy z dodawanymi bezpłatnie usługami, to pozbawiliśmy się przychodów od klientów, którzy sami z siebie widzą wartość w korzystaniu z kredytówki. Z badań wynika, że bardzo przyzwyczaili się oni do istnienia warunków zwalniających z opłat. Stało się dla nich oczywiste, że za kartę używaną nie należy się bankowi opłata.

Przeczytajcie także: Czy Google Pay trafi wreszcie do wszystkich klientów Millennium?

Kolejny cios w karty kredytowe przyszedł wraz z regulacją interchange fee (prowizja odprowadzana przez sklep do banku od transakcji zrealizowanej przez użytkownika karty). Nie zrozumcie mnie źle. Przyniosły one dużo dobrego rynkowi. Jednakowoż w tym aspekcie ich pozytywny wydźwięk jest co najmniej dyskusyjny. Interchange fee od kart kredytowych spadła z ponad 1 proc. do 0,3 proc. znowu zmniejszając dochodowość produktu. Później ponownie, i to nie raz, zostało ograniczone maksymalne oprocentowanie kredytu. Efekt jest taki, że na mniej uregulowanych aczkolwiek dojrzałych rynkach kart kredytowych funkcjonuje powszechnie oprocentowanie w przedziale 15 proc. – 25 proc. W Polsce w momencie, gdy piszę ten felieton (26 lipca 2020 r.) jest to nie więcej niż 7,2 proc.

Biznes kart kredytowych, mimo niewątpliwych innowacji wdrożonych z sukcesem, takich jak płatności zbliżeniowe czy też płatności mobilne, przestał być priorytetem dla banków. Jego dochodowość została zaniżona do tego stopnia, że właściwie nikt nie jest zainteresowany inwestowaniem wysiłku i pieniędzy w jego rozwój. Pozostają jedynie względy ambicjonalne. Wydaje mi się jednak, że tak dalej nie będzie i że podejście banków do polityki cenowej kart kredytowych wkrótce się zmieni. To oznacza, że za karty kredytowe znów trzeba będzie płacić więcej. Na razie brakuje tylko pierwszego odważnego, kto podejmie się takiego ruchu.

KATEGORIA
FELIETONY
UDOSTĘPNIJ TEN ARTYKUŁ

Zapisz się do newslettera

Aby zapisać się do newslettera, należy podać adres e-mail i potwierdzić subskrypcję klikając w link aktywacyjny.

Nasza strona używa plików cookies. Więcej informacji znajdziesz na stronie polityka cookies