Co wiedziałem o amerykańskich płatnościach, gdy kilka lat temu przyjechałem tu do pracy i jak rzeczywistość zweryfikowała moją wiedzę. W trakcie kongresu Forward by cashless.pl będę opowiadał o różnicach między polskim a amerykańskim rynkiem finansowym
W Stanach Zjednoczonych można korzystać z nowoczesnych rozwiązań, np. zapłacić telefonem w metrze, czy przesłać znajomemu pieniądze w kilka sekund, by kilka dni później dostać od kogoś papierowy czek zamiast przelewu na konto. Częsty błąd Europejczyków polega jednak na tym, że przez pryzmat jednego, wybranego elementu oceniają cały rynek usług finansowych.
Na płatności w USA patrzę z perspektywy kogoś, kto zawodowo wyrósł w Polsce, ale od blisko dekady jest związany ze Stanami Zjednoczonymi. Podczas kongresu Forward by cashless.pl wezmę udział w rozmowie na temat różnic między branżą finansową w Polsce i poza jej granicami. Moim zadaniem będzie opowiedzieć o tym z perspektywy osoby od lat pracującej w USA. A dziś chcę zwrócić uwagę na kilka obiegowych opinii o płatnościach w Stanach, z którymi przyjechałem do pracy w tym kraju.
Na wstępie warto zwrócić uwagę na proporcje między Polską a USA. Pod względem powierzchni nasz kraj może równać się jednemu stanowi USA, czyli np. Nowemu Meksykowi, a pod względem populacji – Kalifornii. Polski nominalny PKB przekroczył w 2025 r. bilion dolarów, co stawia Polskę w gronie dwudziestu największych gospodarek świata. To duży sukces – ale w amerykańskich realiach stawiałoby to ją pomiędzy Ohio a Pensylwanią. Funkcjonują tu tysiące banków, w tym prawie 800 banków ogólnokrajowych, a PKO, największy gracz w Polsce, tu znalazłby się w okolicach pozycji 25. Porównując Polskę i USA trzeba o tym wszystkim pamiętać, bo na tak wielkim rynku coś, co w Polsce może wydać się przestarzałe, tu wciąż może być użyteczne.
Amerykański rynek płatności jest zacofany. Fałsz
W USA kilka generacji technologii potrafi funkcjonować równocześnie. Przykładowo w 2024 r. rozliczono tu około 9,2 mld czeków. Z europejskiej perspektywy łatwo potraktować tę liczbę jako dowód zacofania amerykańskiego rynku. Oczywiście nie chciałbym wrócić do płacenia w ten sposób za zakupy w markecie. Jednak podczas ostatnich lat kilka razy zdarzyło mi się użyć tu czeku, bo w konkretnym przypadku był po prostu prostszym rozwiązaniem niż karta kredytowa. Czek przetrwał, bo w niektórych sytuacjach rozwiązuje problem na tyle dobrze, że nie ma wystarczającej potrzeby, by zastępować go czymś nowocześniejszym.
Co ważne, czek nie jest tu egzotycznym produktem dodatkowym: możliwość jego wystawienia ma ogromna większość posiadaczy tradycyjnych rachunków, dzięki czemu bardzo szeroka grupa klientów dostaje instrument, który oprócz samej płatności może w niektórych sytuacjach pełnić funkcję umownego zabezpieczenia zobowiązania – bez otwierania rachunku escrow czy posiadania karty kredytowej, choć sam czek nie gwarantuje oczywiście dostępności środków. Z tej perspektywy jego trwałość ma więcej sensu, zwłaszcza dla Polaka przyzwyczajonego do rynku, na którym karty kredytowe są znacznie mniej powszechne, a tym samym mniej klientów ma dostęp do funkcji opartych na limicie kredytowym, takich jak preautoryzacja.
W USA prawie nigdzie nie można płacić zbliżeniowo. Fałsz
Jeszcze niedawno podpisałbym się pod takim stwierdzeniem, ale dziś to już mit. Polak odwiedzający Stany kilkanaście lat temu miał prawo być zdziwiony, że technologia oczywista w Warszawie nie była oczywista w Nowym Jorku. Pandemia mocno przyspieszyła jednak wymianę terminali, emisję kart zbliżeniowych i korzystanie z portfeli mobilnych.
W 2024 r. płatności zbliżeniowe odpowiadały za 54 proc. transakcji w USA, a 29 z 30 największych amerykańskich sieci handlowych akceptowało płatności zbliżeniowe. W 2025 r. penetracja technologią zbliżeniową w Nowym Jorku wynosiła już 90 proc. W dużych ośrodkach miejskich ciężko więc znaleźć miejsce, w którym nie można zapłacić zbliżeniowo, a placówek handlowych, które nie akceptują kart w ogóle, praktycznie nie ma, tak jak w Polsce. Jednak faktem jest, że w Polsce zapłacić zbliżeniowo można w każdym terminalu, a w USA zależy to jeszcze od konkretnej sieci handlowej, branży czy konfiguracji urządzenia.
Przelewy w USA są wolne, bo brakuje nowoczesnej infrastruktury. Częściowo prawda
Z pierwszą częścią tego stwierdzenia mógłbym się zgodzić, ale z drugą już nie. Funkcjonuje tu kilka systemów służących do przelewów pomiędzy bankami w poszczególnych stanach, w tym systemy płatności natychmiastowych RTP i FedNow. Na rynku działa też firma Zelle, która oferuje przelewy P2P wbudowane bezpośrednio w aplikacje tysięcy banków i unii kredytowych. W 2024 r. jego użytkownicy przesłali ponad bilion dolarów w 3,6 mld transakcji. Jest kilka innych rozwiązań działających na zasadzie cyfrowego portfela.
Trzeba jednak przyznać, że brakuje jednego, wspólnego dla wszystkich stanów i banków standardu. Polska ma pod tym względem przewagę na przykład w postaci systemów Elixir czy Blik. Bankom udało się zbudować wspólny, rozpoznawalny standard. Ameryka ma więcej szyn. Polsce udało się zbudować dworce, do których każdy ma blisko.
Interchange w USA nie jest regulowany. Fałsz
Interchange to opłata, z której finansowany jest cały czterostronny system kart płatniczych. Jest pobierana przez operatora terminala płatniczego od jego użytkowników, np. sklepów czy punktów usługowych, i przekazywana do banku wydawcy karty. W Europie od kilku lat funkcjonuje regulacja, która decyduje o zasadach pobierania interchange oraz o jej wysokości, która wynosi 0,2-0,3 proc., odpowiednio dla debetówek i kredytówek.
W USA również funkcjonuje federalny limit, ale obejmuje tylko karty debetowe. Maksymalna stawka interchange wynosi tu obecnie 21 centów plus 0,05 proc. wartości transakcji oraz – po spełnieniu odpowiednich wymogów – dodatkowy cent na koszty związane z zapobieganiem fraudom.
Do tego dochodzi bardzo amerykańska specyfika krajowych sieci debetowych, historycznie określanych jako back-of-card networks: debetówka z logo Visa lub Mastercard może być równocześnie podłączona do takich sieci jak STAR, NYCE czy PULSE. Regulacja prawna wymaga, aby transakcję debetową można było obsłużyć przez co najmniej dwie niepowiązane ze sobą sieci. Konkurencja dotyczy więc nie tylko poziomu interchange, lecz także tego, którędy transakcja faktycznie zostanie przetworzona.
Co ciekawe, ustawodawca nie traktuje wszystkich banków jednakowo. Z limitu wyłączeni są wydawcy, którzy razem z podmiotami powiązanymi mają mniej niż 10 mld dolarów aktywów. Jeśli chodzi o karty kredytowe, to nie ma tu limitu federalnego, ale debata nad jego wprowadzeniem właśnie trwa.
W USA nie ma prawdziwego open bankingu. Fałsz
To chyba najciekawszy przykład różnicy filozoficznej między Europą a Stanami. W Europie punktem wyjścia była regulacja. PSD2 i późniejsze standardy określiły zasady dostępu do rachunków przez uprawnione podmioty trzecie za zgodą klienta i zobowiązały banki prowadzące rachunki do zapewnienia odpowiedniego interfejsu dostępu.
W USA rynek zaczął rozwijać się wcześniej i bardziej oddolnie. Klienci chcieli agregować rachunki, fintechy potrzebowały danych do zarządzania finansami, weryfikacji dochodów, więc najpierw pojawił się screen scraping, później umowy bilateralne, tokenizacja i coraz szerzej stosowane API. Dopiero później próbowano usystematyzować rynek poprzez przepisy wdrażające regulację i formalne prawo klienta do udostępniania danych wybranym podmiotom trzecim. Regułę sfinalizowano w 2024 r., ale jej terminy wdrożenia zostały w 2025 r. wstrzymane przez sąd, a teraz trwają dalsze prace nad ich modyfikacją.
W dużym uproszczeniu można więc powiedzieć, że Europa najpierw stworzyła prawo i architekturę open bankingu, a potem rozwijała rynek. USA najpierw stworzyły rynek, a teraz próbują uzgodnić jego prawo i architekturę.
O autorze
Piotr Domaszewski od blisko 20 lat pracuje w bankowości i płatnościach. Absolwent SGH, karierę zaczynał w zespole tworzącym Alior Bank, następnie pracował w Citi, a przez ponad 13 lat w Mastercard. Zajmował się rozwojem produktów i biznesu w Polsce, Izraelu, Zjednoczonych Emiratach Arabskich, Stanach Zjednoczonych i Kanadzie oraz w strukturach globalnych organizacji. Od blisko dekady mieszka w Nowym Jorku. Jego ostatnia rola w Mastercard obejmowała globalną strategię produktów debetowych. W trakcie kongresu Forward by cashless.pl 2026 wystąpi drugiego dnia, w rozmowie pt. "Co widać, gdy nie patrzy się z bliska, czyli polska branża finansowa widziana oczami polskich menedżerów z zagranicy". Wśród rozmówców oprócz niego, będą też Rafał Juszczak (Uzbekistan), Piotr Waś (Francja), Sonia Wędrychowicz (Dubaj).